Pozwolę sobie opisać poranek z bliźniakami (z 15 listopada 2016). Nieistotne który jest który – bo szczerze mówiąc ja sama nie pamiętam, który „włączał” się pierwszy a który drugi, pamiętam, że był to jedne z nich ;)

Słowa wsparcia mile widziane!

Belzebuby w nocy kompletnie się rozregulowały, a M. się rozchorował, więc spał na kanapie i dziećmi się nie zajmował. Wzięłam maluchy do sypialni koło 21, po jedzonku. Póki zasnęły to godzina. Godzina łażenia łóżko (czytałam) i ich łóżeczko, gruchania i wkładania im smoczków do pyszczków. Na szczęście obyło się bez płaczu, tylko pojękiwania i wiercenia. O 2 obudził się jeden (nie pamiętam który) i jeść. No to jeść. Zasnął.

Drugi za godzinę (oczywiście matka nie śpi w trakcie tych przerw), można zasnąć. Spałam szalone trzy godziny, w czasie których miałam chyba najgorszy koszmar od co najmniej miesiąca (ja ciągle mam koszmary – tym razem śniło mi się, że mój tata miał znowu zawał a ja błagałam by mnie nie zostawiał; śniły mi się pozabijane dzieci przez jakiegoś morderce, który włamał mi się na chatę – na szczęście to nie MOJE dzieci bo już w ogóle bym nie zasnęła nigdy więcej). Obudził się jeden, płaku, płaku i poprzytulałam go, dałam mleczko i zasnął. Już, już idę do łóżka jak znowu płacze, więc kołysze i uspakajam. Odkładam. Spokój. I nagle ryk drugiego. Nie wiem o co chodzi, bo normalnie aż tak się nie domaga żarcia. Okazało się, że znowu biegunka, więc przebieram, smaruje, kołysze, daje pić, daję jeść, tulę i odkładam, śpi. Za chwilę następny chce jeść, nie wiem co jest grane bo przecież niedawno jadł, ale zjada kolejną porcję i jeszcze następną, bo taki strasznie głodny i nie odkładalny, pakuje sobie rączki do buzi i marudzi. I słyszę, że już 6 rano i czekam aż M. się obudzi i trzaśnie drzwiami od sypialni bo od dwóch lat trzaskają i jakoś trudno sprawdzić co jest nie tak. Przychodzi, marudzi na cały świat jaki on biedny, jak się źle czuje. Nic nie mówię.
Wychodzi a któreś z dzieci w ryk. No to pakuje w śpiworek i kładę koło siebie, bo już taka godzina, że ciężko by zasnął bez wspomagaczy. Smoczek, nucenie i moja rączka w jego rączce. Zasypia, a ja już słyszę płacz drugiego, więc robię to samo… W końcu brakuje dla mnie miejsca w łóżku i pierdole, wstaje… A oni jak nie zaczęli się drzeć. Zdążyłam kuchnie ogarnąć i pozanosić naczynia z salonu. Młodszy Belzebub- wyje jak opętany, nie mogę go odłożyć, więc dłuższą chwilę go trzymam i tłumaczę, że nie zrobię mleka, póki mnie nie puści. Wyje dalej aż brat mu pomaga. I obaj wyją. Koszmarnie. Nie wiem co robić, więc biorę ich oboje na ręce i siedzę z dwoma wyjcami na rękach. Śpiewam, kołysze, nic nie pomaga. W końcu ryzykuje, odkładam, biegnę do kuchni robię mleko i słyszę, jak sąsiad wychodzi ze swojego mieszkania i wyobrażam sobie, że wpada do mnie i krzyczy, że mops już jedzie…
Idę do moich wyjców, zmieniam pieluchy, oczywiście znowu sraka, ścigam się na czas by oporządzić pupkę syna tak szybko, by nie zdążył się znowu tak rozedrzeć, że bębenki bolą. Jestem na skraju. Karmię ich. Z trudem, bo jeden popłakuje i muszę przerywać a jak przerywam to jeszcze bardziej płacze. Nie wiem jak mi się udało dać im całe butelki. Gdy odbekneli kładę ich by sobie patrzeli na salon a ja powoli kieruję się do kompa. I ryk. Wycie, jakby ktoś obdzierał ze skóry mojego starszego (sic!) syna. Dla odmiany, bo poprzednio ryczał młodszy. Myślę sobie, że z tym będzie łatwiej bo on się tak nie nakręca płaczem i tulę go. Nichuja, nie ma rady, wyje jak opętany, więc ubieram im kurteczki i wkładam do fotelików, kładę milion kocyków i otwieram balkon. Dzieci aż wytrzeszczu dostają, bo zawiał mroźny wiatr. Biegnę wyłączyć piec, zrobić sobie kawę, zrobić płatki (płatki są ulubionym daniem – robi się je w 30 sekund, je w minutę), siadam przy kompie i co słyszę?….. Zamykam balkon, co by sąsiedzi mi nie nasłali mopsu z policją i strażą miejską, biorę dzieciaki, kładę na łóżku, gadam do nich, śpiewam i patrzę, patrzę a im się oczy zamykają. Bożesz ty mój miłosierny! Ale coś im brakuje, bo walczą dzielnie z morfeuszem. Wkładam im smoczki do buziulek i widzę, że to nie to. W końcu olśnienie! Włączam muzykę na telefonie. Nie jakieś ogórki, ogórki czy fasolki. Najnormalniejszy hip hop. Ostatnio zadziałał Kazik i tata dilera, to teraz coś mniej agresywnego, Bukę włączam. Zasnęli. Biegnę do kuchni i ogarniam. Siadam do kompa i piszę tego posta.

Ale tak szczerze, że to rzadko się zdarza, że obaj tak wyją. Najczęściej wieczorem popłakują bo nie chcą iść spać, ale ostatnio mają jakieś cięższe dni, wczoraj też był płacz.
No i co słyszę?! Zgadnijcie… spadam.

(za kilka dni trzy miesiące!)