Po godzinach pełnienia funkcji rodzinnych, domowych, organizacyjnych – potrzebuję chwili dla siebie. Zastanawiałam się do których moich pasji wrócić, które reanimować a może jakieś na nowo powołać… jednak na wszystko brakowało mi i czasu, i chęci…

Kiedy kładzie się dwójkę malutkich dzieci przed 20., kiedy zmęczenie jest tak duże, że zapominam jak się nazywam mam siłę na to by polec na kanapie i sięgnąć po telefon, a w nim po aplikację social media i patrzeć się tępo w różne literki… literki, właśnie, literki – kiedyś literki sprawiały mi tyle frajdy!

Któregoś wieczoru, jak za starych leniwych czasów, sięgnęłam po książkę, zamiast po telefon. Te kilka stron, kilka rozdziałów – sprawiły, że poczułam się znowu „sobą” – człowiekiem, który nie musi tylko zaspakajać potrzeby moich malutkich dzieci.

I tak od dwóch czy trzech miesięcy wróciłam do swojego czytelniczego flow…

Mam nadzieję, że uda mi się choć niektóre zrecenzować. Są wśród nich takie perełki jak „Zła matka”, „Miłość i inne mity” Ayelet Waldman – moje osobiste odkrycie, wielki hit i ciche marzenie, by kiedyś dokonać tego, co ona (zacząć pisać i wydawać tak szczere książki!). „Miasto i psy” Mario Vargasa Llosy (rewelacja!!!! i jaka duma, ponieważ książka jest z działu literatury pięknej, a więc i język jest z tak zwanej wyższej półki, bardziej wysmakowany), „Niewierna żona” Grippando (thriller psychologiczny, smakowity kąsek, który „zjadłam” w trzy dni), „Nie szukaj mnie” Wereśniaka (sensacja, kryminał).